Menu

Zmagania z kilogramami

Pamiętnik odchudzania. Udokumentowanie moich zmagań ze zbędnymi kilogramami.

Nie chcę już być gruba.

tchila

Cześć.

Po raz kolejny podejmuję próbę walki z samą sobą. Po raz kolejny obiecuję sobie, że tym razem osiągnę swój cel. Tym razem się uda, tym razem mam więcej motywacji, tym razem i tym razem... I tak w nieskończoność tych razów już niestety było.

Krótko o mnie - jestem dwudziestojednoletnią studentką, mierzę 175 centymetrów wzrostu i zatrważające 88 kilogramów wagi. Zawsze wmawiałam sobie, że czuję się ze sobą dobrze, wolę być plus-size, jak to się mówi, ale szczęśliwa i dobrze najedzona. Uwielbiam jedzenie, serio. Kocham gotować, łączenie smaków i odkrywanie tych nowych sprawia mi przeogromną przyjemność. Ku mojemu przekleństwu niestety...

Zawsze byłam większa. Zawsze. Jednak nie aż tak. Do drugiej klasy gimnazjum trenowałam pływanie, więc mimo kilku dodatkowych kilo tu i ówdzie wyglądałam w nienajgorzej. Przestałam - przybrałam. I tak w połowie drugiej klasy liceum, zachęcona przez koleżankę z klasy podjęłam się diety Dukana. Zmotywowałam mojego tatę i było naprawdę dobrze.Trzymając się dokładnie wskazówek dr Dukana schudłam do jakichś 67 kg. Wyglądałam i czułam się naprawdę świetnie, moja koleżanka też, tata też. Byłam przeszczęśliwa, że jedząc smacznie i pozwalając sobie na imprezy (alkohol u Dukana zabroniony, jak zresztą w każdej diecie) chudłam szybko i dużo. Niestety coś zaczęło we mnie pękać, tu burgerek, tam pizza... No i po czasie wszystko wróciło, waga 75-78. Wzięłam się wtedy za treningi - spinnig, trenerka osobista, schudłam niezbyt wiele, ale za to kondycję miałam rewelacyjną. No i raczej nic mi się nie trzęsło. Jednak mój słomiany zapał wkrótce dał się we znaki i przestałam uprawiać sport regularnie. Wiadomo, od czasu do czasu jaki trip rowerowy, ale nic poza tym. Tłumaczyłam to sobie maturami, że stres, że brak czasu, wymówkami sypałam jak z rękawa. Kiedy przyszedł czas na wyprowadzkę z domu zaczęło się moje dietetyczne piekiełko. Serio, nigdy nie jadłam tak niezdrowo jak po przeniesieniu się do Trójmiasta. Spuszczona ze smyczy w sensie jedzenia nie żałowałam sobie. Chińskie zupki, jedzenie na dowóz, pizza, kebab po imprezie, chipsy, gotowe dania do mikrofalówki, no gorzej już być chyba nie mogło. I tu znowu tłumaczenie się przed samą sobą (bo o mojej mamie, która kiedy widziała mnie w odstępach kilkutygodniowych łapała się za głowę "matko jak ty przytyłaś!", nie mówię...), że nie ma czasu, bo wracam późno z pracy, rano wstaję do pracy, zjem na gastro, przecież nie jem niewiadomo ile. Ta. Jasne. W październiku ubiegłego roku do pracy na 3/4 etatu doszły jeszcze studia dzienne i naprawdę czas przelatywał mi przez palce. Serio nie miałam na nic czasu. Starałam się jakoś to pogodzić, gotować na zmianę ze współlokatorką, przez jakiś miesiąc z hakiem odżywiałyśmy się w miarę zdrowo i ćwiczyłyśmy (trochę ubyło, ale bez szału, toteż zdemotywowana zaprzestałam). Z tygodnia na tydzień przestawałam lubić siebie coraz bardziej, wiedziałam, że robię sobie krzywdę śmieciowym żarciem, ale przecież zdrowe jedzenie jest takie drogie, a ja milionów nie zarabiam.

W końcu jednak miarka się przebrała - kilka dni temu doszłam do wniosku, że jak na dwudziestojednolatkę wyglądam tragicznie. Twarz przypomina księżyc w pełni, ramiona są wielkie jak u rugbisty, odstający brzuch, obwisłe piersi... Jednym słowem katastrofa. Niedługo przestanę mieścić się w ubrania w moim sklepie i nie będę w stanie dobrać sobie uniformu. Nie zacznę pływać na kajcie, bo nie będzie trapezu, który będzie na mnie dobry. Muszę coś ze sobą zrobić, po prostu muszę. Chciałabym kiedyś po prostu wyjść na plażę i nie mieć oporów żeby pokazać się światu w stroju kąpielowym, poczuć jak to jest kiedy uda się o siebie nie ocierają... Kto zawsze był szczupły nie zrozumie, ale dla mnie naprawdę jest to marzenie, które na chwilę obecną wydaje mi się totalnie nieosiągalne. I dlatego właśnie zaczynam kolejny raz, od zera, z nadzieją, że kiedyś będę szczupła.

Przedwczoraj wybrałam się więc na zakupy przygotowując swoją lodówkę pod pierwszą fazę diety Dukana. Wydałam jakieś sześćdziesiąt złotych i dzisiaj po zrobieniu sałatki, której trochę mam jeszcze trochę do pracy, zrobiłam kolejne za jakieś dwadzieścia. 

Pójdę z torbami.

Wiem, że Dukan jest niezdrowy jak cholera, ale naprawdę nie potrafię schudnąć inaczej. W ogóle nie potrafię schudnąć. Dlatego założyłam tego bloga, żeby dodać sobie siły. Nawet jeśli nikt nie będzie tego czytał, to myślę, że zbierając swoje myśli w jednym miejscu jakoś łatwiej będzie mi się motywować do działania, rozliczać się powoli z samą sobą. Chcę dzielić się tu swoimi postępami, grzeszkami i przemyśleniami. Może ktoś też ma podobny problem do mojego i dodamy sobie siły nawzajem?

Do następnego,

Z.

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • grubarzepka

    Też zaczęłam się odchudzać. Na diecie Dukana schudłam pierwszy raz, ale jak Ty przytyłam. Potem próbowałam jeszcze kilka razy, ale nie mogę patrzeć na nabiał po kilku dniach. Teraz z pomocą dietetyka walczę o nową figurę. Jeszcze efektów brak bo dopiero 3dzień ale jestem dobrej myśli. Może w końcu nauczę się jeść zdrowo. Pozdrawiam i trzymam kciuki.

© Zmagania z kilogramami
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci